Dom i ogród

Projekt: fotowoltaika

Jest sobota, 15 sierpnia 2026. Od dziś przestaję płacić za prąd.

Od wielu lat płacę wysokie rachunki za energię elektryczną. Miesięcznie to średnio 750-800 złotych, a odkąd mam samochód elektryczny, płacę co miesiąc już 1300 zł za prąd. I to właśnie BEV był impulsem do tego, by w końcu zdecydować się na instalację farmy fotowoltaicznej.

Trochę wprowadzenia do tematu PV

Do paneli PV (photovoltaics) przymierzam się od dobrych sześciu albo siedmiu lat. Jeszcze przed pandemią był u mnie handlowiec, który oszacował, że przy moich opłatach potrzebna jest mi instalacja fotowoltaiczna o mocy 10 kWp. KWp czytamy „kilowatopików” („pik” to oczywiście „peak”), co oznacza, że taka instalacja w idealnych warunkach może generować prąd o mocy 10 kW.

Handlowiec taką instalację wycenił mi na 90 tysięcy złotych i stwierdził, że od teraz zamiast 800 zł rachunku za prąd będę przez najbliższe 10 lat płacił po prostu 800 zł miesięcznie raty bankowi za kredyt na fotowoltaikę („plus – może 100-150 złotych za prąd” – dodał). Oznaczało to dla mnie wzrost miesięcznych obciążeń z dotychczasowych 800 do 900-950 złotych. Instalacja miała się zacząć zwracać dopiero po dziesięciu latach, gdy spłacę już cały kredyt. Dlatego wtedy się na system nie zdecydowałem.

Drugą przyczyną było wybrane przeze mnie miejsce instalacji. Ze względu na konstrukcję budynku panele zdecydowałem się zainstalować na gruncie, a nie na dachu. Niestety wtedy instalacja gruntowa była obciążona 23-procentowym podatkiem VAT, a instalacja dachowa – 8-procentowym. Oznaczało to dla mnie o 15% wyższy koszt instalacji tylko dlatego, że panele będą stały na ziemi, a nie będą zamocowane na dachu. Chodziły pogłoski, że zasady się zmienią i instalacja gruntowa też będzie obłożona niższym VAT-em. Postanowiłem odłożyć zakup instalacji PV na później. Niższy VAT na instalacje gruntowe nie nadszedł.

Wtedy jeszcze nikt nie mówił o magazynach energii. Ich koszt był niebotyczny. Za magazyny o pojemności zaledwie kilku kilowatogodzin trzeba było zapłacić kilkanaście tysięcy złotych. Moje dzienne zużycie wynosiło wtedy okolice 20 kWh (kilowatogodzin), więc żeby zapewnić sobie zasilanie z magazynu, powinienem był zakupić magazyn 20 kWh. Kilka lat temu taki magazyn podwoiłby koszt mojej instalacji, która zbliżyłaby się do 200 tys. złotych (!). Inwestycja nigdy by się nie zwróciła.

Czy da się bez magazynu?

Ale funkcjonowało wtedy pewne rozwiązanie mające ułatwić życie użytkownikom PV. Stawali się oni tak zwanymi prosumentami, czyli produkowaną przez siebie energię mogli z powrotem oddawać do sieci. Zakład energetyczny „magazynował” dla nas tę energię i mogliśmy ją w późniejszym czasie odebrać, po odjęciu 20% „prowizji” zakładu. Tłumacząc po ludzku, jeśli nasza elektrownia PV wyprodukowała 10 kWh energii, którą oddała do sieci, pół roku później mogliśmy bezpłatnie odebrać bez żadnych opłat 8 kWh (czyli 10 kWh minus 20%, czyli 2 kWh „prowizji” za magazynowanie).

Rozwiązanie to nazywa się net-metering, a obecnie funkcjonuje też pod potoczną nazwą „stare zasady”. Dziś już nie jest dostępne dla nowych prosumentów.

Zastąpiło je inne rozwiązanie – net-billing. Wyprodukowana przez nas energia jest od nas odkupywana po rynkowych cenach zakupu, które zmieniają się co godzinę. Jednocześnie, my sami pobierając energię z sieci co godzinę płacimy inną stawkę za jedną kilowatogodzinę energii. Handel na rynku energii odbywa się właśnie w taki sposób, że ceny na TGE (Towarowej Giełdzie Energii) zmieniają się co godzinę.

Ale to by było za trudne dla konsumentów, dlatego wymyślono taryfy stałe. Najpopularniejsza to taryfa G11, z której korzysta jakieś 90% konsumentów. Zakłada stałe ceny energii, niezależnie od pory dnia i nocy. Sumując wszystkie opłaty (cenę energii, ceny dystrybucji, przesyłu itp.) w taryfie G11 jedna kilowatogodzina (1 kWh) kosztuje ok. 1,10 zł brutto.

Można też wybrać taryfę G12, która pozwala na zróżnicowanie cen. Za dnia (od godziny 6:00 do 22:00) ceny energii są wyższe niż w taryfie G11 i wynoszą ok. 1,25 zł brutto za 1 kWh. Ale za to w nocy (od 22:00 do 6:00) są znacząco niższe – tylko ok. 0,60 zł za 1 kWh. Dlatego jeśli przez większość dnia nie ma nas w domu, a potem możemy włączyć pranie, zmywarkę, podładować samochód elektryczny w nocy (po 22), to taryfa G12 będzie dużo bardziej opłacalna niż G11.

Ale są też taryfy dynamiczne – na przykład G12w. W tym wypadku ceny zmieniają się co godzinę, co więcej, każdego dnia są inne! I – co ciekawe – to jest obecnie najlepsze rozwiązanie, które pozwala najwięcej zaoszczędzić na prądzie.

W taryfach dynamicznych ceny znacząco różnią się w zależności od godziny. W ciągu dnia 1 kWh może kosztować zaledwie kilka groszy (!), ale wieczorem, po godzinie 18, potrafi przekroczyć nawet 3 złote. Dlatego korzystając z taryf dynamicznych trzeba bardzo świadomie pobierać energię, czyli np. ładować samochód elektryczny albo prać w ciągu dnia, gdy ceny są najniższe.

Jeśli korzystamy z taryfy dynamicznej i mamy fotowoltaikę, możemy korzystać z własnego prądu (wygenerowanego przez panele PV) wtedy, gdy ceny energii są najwyższe (żeby uniknąć drogiego kupowania energii), z kolei gdy ceny są niskie, możemy prąd pobierać z sieci. Teoretycznie, ale o tym za chwilę.

Jako prosumenci możemy też oddawać energię, podobnie jak to było możliwe „na starych zasadach”. Z tym że rozliczenie z zakładem wygląda już całkiem inaczej.

Gdy nasza elektrownia fotowoltaiczna produkuje więcej energii niż jesteśmy sami w stanie skonsumować (to tak zwana „autokonsumpcja„), możemy nadmiar energii „sprzedać” zakładowi. Tym razem jednak zakład nie odkupuje od nas konkretnej liczby kilowatogodzin (jak było przy „starych zasadach”), a „płaci” nam za każdą 1 kWh aktualną stawkę, jaka obowiązuje w danej godzinie na rynku (na TGE). Przykładowo, jeśli wieczorem cena energii kosztuje 2 zł za 1 kWh, to zakład „kupi” od nas energię właśnie w tej cenie. Jeśli energię oddamy za dnia, gdy cena wynosi 5 gr za 1 kWh, to zakład tylko tyle nam „zapłaci”. Cudzysłowy celowo, zaraz je wyjaśnię.

Sęk w tym, że nadmiar energii przy fotowoltaice mamy zazwyczaj za dnia, między godziną 10:00 a 18:00 (plus minus), gdy fotowoltaika produkuje prąd. W tych też godzinach ceny na TGE są najniższe. Czyli jeśli mamy nadprodukcję w ciągu dnia z PV, sprzedajemy nadmiarowe kilowatogodziny po kilka groszy za sztukę.

Z kolei wieczorem, gdy nasza PV nie produkuje już prądu (po osiemnastej), musimy go kupować w taryfie dynamicznej nawet po 2-3 złote za 1 kWh.

„Sprzedaje”, „zapłaci” umieszczałem w cudzysłowie, bo zakład de facto nie płaci nam za energię. Ta kwota pieniędzy, którą powinniśmy dostać, zasila nasz wirtualny portfel (depozyt). Środki z tego portfela możemy potem wykorzystać na ponowny zakup energii.

Czyli jeśli sprzedamy w ciągu dnia 10 kWh po 10 groszy za 1 kWh, nasz portfel zostanie zasilony kwotą 1 zł (10 x 0,10 zł). Gdy potem wieczorem chcemy kupić 5 kWh energii po cenie 2 zł za 1 kWh, zapłacimy za energię 9, a nie 10 zł (5 x 2 zł minus 1 zł z portfela). Raczej średni interes, prawda?

I tu wchodzi magazyn energii

Wspomniałem wcześniej, że 6-7 lat temu zakup magazynu energii wiązał się z ogromnymi kosztami. Jednak ogniwa litowo jonowe bardzo szybko tanieją i dziś mówimy o zupełnie innych kwotach. Dziś za 1 kWh magazynu musimy liczyć średnio 1000-1500 zł, a nie 10.000 zł, jak wcześniej.

A skoro tak, za 20.000 złotych możemy kupić sobie magazyn o pojemności 20 kWh. I teraz zaczyna się robić ciekawie.

Za dnia fotowoltaika pracuje pełną parą. W tym czasie powinniśmy korzystać z darmowego prądu na maksa – ładować samochód elektryczny (jeśli go mamy), uruchomić pranie, zmywanie, podgrzewanie wody, klimatyzację. Nic nas to nie będzie kosztowało. Ale – uwaga – gdy produkcja przekracza naszą autokonsumpcję (a moc farmy PV zawsze powinniśmy tak dobierać, by przekraczała), nadmiaru energii nie sprzedajemy już tanio zakładowi energetycznemu. Ładujemy tę energię do magazynu energii.

Za dnia mamy darmowy prąd ze słońca. Nie płacimy nic za energię elektryczną.

Ale wieczorem też nie płacimy. Nie musimy kupować energii, bo nasz dom zaczyna pobierać energię zgromadzoną w magazynie. Pojemność magazynu powinna być wyliczona tak, by wystarczyła na zasilenie całego domu przez noc, aż do godziny 10 następnego dnia.

A najlepiej, żeby była nawet większa. Jeśli w nocy zużywamy tylko 5 kWh, w magazynie zostaje 15 kWh nadmiarowej energii. I tę energię możemy sprzedać wieczorem, gdy ceny na TGE są po 2-3 złote, a tym samym nasz depozyt zasilamy jednego wieczoru już nie kwotą 1 złotego, jak przy wcześniejszych obliczeniach, ale nawet 30-40 złotych – każdego dnia.

10 dni to 300 złotych, miesiąc daje już blisko tysiąc złotych w portfelu. Zgadza się?

I teraz co możemy zrobić z tymi pieniędzmi? Jeśli dobrze wyliczymy naszą instalację PV (czyli odpowiednio dobierzemy moc farmy PV i pojemność magazynu), wówczas wiosną, latem i wczesną jesienią nie zapłacimy za prąd w ogóle, a dodatkowo będziemy budować sobie depozyt, który na jesieni urośnie do kwoty liczonej w tysiącach złotych.

Nadchodzi zima. PV od listopada do lutego produkuje bardzo mało prądu (nawet o 90% mniej niż w maju czy czerwcu). Musimy prąd dokupować z sieci energetycznej. Ale nie musimy za niego płacić gotówką. Korzystamy ze środków zgromadzonych w depozycie! I jeśli wszystko dobrze wyliczymy, także w zimie nie zapłacimy za prąd – ani złotówki. Czyli okrągły rok, od stycznia do grudnia, prąd mamy za darmo.

Nie będę już w ogóle płacił rachunków za prąd

Policzyłem sobie wszystko dokładnie i z wyliczeń wyszło mi, że jestem w stanie w rozsądnych pieniądzach zainstalować system PV połączony z magazynem energii, który pozwoli mi zredukować moje rachunki do zera.

Oczywiście po podjęciu decyzji o zakupie fotowoltaiki i magazynu przyszedł kolejny krok: dobór odpowiedniego sprzętu (producenta paneli, magazynu energii, falownika i systemu zarządzania energią – tzw. EMS – Energy Management System). To był pierwszy krok, bo kolejnym było oczywiście jeszcze finansowanie (system kupiłem na kredyt).

Szerzej o moim systemie w kolejnym wpisie, ale na razie zdradzę parametry rozwiązania, na które się zdecydowałem. Zainstalowałem farmę PV o mocy 11,88 kWp – panele Longi Solar Hi Mo X10. Do tego cały system Sigenergy – magazyn 27 kWh, falownik „5-w-1” 30 kW i rozwiązanie gateway zapewniające zasilanie awaryjne (gdy zniknie prąd z sieci energetycznej, mój dom w dosłownie 0 sekund przełącza się na zasilanie z magazynu – żadna żarówka nawet nie mrugnie). Jestem w trakcie zmiany operatora na Pstryk oraz licznika na dwukierunkowy, co zapewni mi taryfy dynamiczne i możliwość handlu energią (tzw. arbitraż).

Cały system kosztował mnie nieco ponad 80 tys. złotych. I chociaż wiem, że kwota może się niektórym wydawać astronomiczna, to w oddzielnym wpisie uzasadnię, że te pieniądze zwrócą mi się nie po ośmiu czy dziesięciu latach. Ani nawet po pięciu. Oszczędzać pieniądze zacząłem już dziś. Ale o tym w odrębnym wpisie!

Dodaj komentarz